niedziela, 16 kwietnia 2017

Dlaczego jestem beznadziejnym człowiekiem - kolejne 9 powodów


Ja już się nawet nie tłumaczę. Niech się za mnie tłumaczy punkt 9. Ot, co!

1, Nie pamiętam imion.
Scenka rodzajowa - spotykam się ze znajomymi, jest parę nowych osób, przedstawianko, rozmowa... Po 10 sekundach od przedstawienia się nie pamiętam już żadnego imienia. Chociaż... Ja myślę, że to jest inna sprawa - ja tych imion nie rejestruję w ogóle. To nie jest tak, że nowe osoby mam gdzieś, po prostu imię nigdy nie jest ważną rzeczą dla mnie. Po pierwszych 10 minutach wiem o tej osobie, że jest introwertykiem, ma tendencję do kłamania i woli psy niż koty. Na cholerę mnie to imię? W ogóle moi znajomi, którzy znają moją przypadłość, mają na nią sposób. Powtarzają mi imię nowej dla mnie koleżanki/kolegi tak długo, aż ja sama nie zwrócę się do niej imieniem zamiast niezbyt eleganckim i elokwentnym, ale za to skutecznym Ej, ty!

2. Przeklinam jak cholerny budowlaniec albo pirat.
Arrrr...! *siorbie rum*
Każdy z Was, kto miał mniejszą lub większą przyjemność pić ze mną trunki różnego rodzaju, ale raczej alkoholowe wie, że po tych trunkach zamieniam się generalnie w pirata. I nie to, że pada mi jedno oko... Przeklinać zaczynam namiętnie. Kurwy jako przecinki to mało. Naprawdę. To nie oznacza, że bez alkoholu nie przeklinam. Wtedy rzadziej mi się zdarza, ale nie żeby nie zdarzało w ogóle. Taka ciekawostka - im bardziej zestresowana jestem, tym bardziej przeklinam... Możecie sobie wyobrazić, że spotkanie po raz pierwszy rodziców mojego (byłego już he, he) faceta przebiegło dość ciekawie.

3. Nie umiem wyraźnie zakomunikować facetowi, że nie jestem zainteresowana związkiem z nim.
Wydawałoby się proste, nie? Mówisz ziomeczku, ja cię bardzo lubię i w ogóle, ale nie wyobrażam sobie ciebie ze mną w łóżku ani teraz, ani nigdy, więc sorki. No bardzo proste... Bardzo. I ja tego właśnie nie umiem. Albo zaczynam dobrze, a potem zaczynam coś ściemniać, że nie jestem gotowa bo coś tam, coś tam i czuję się głupio, że naściemniałam, albo staram się zniechęcić jegomościa opowiadając o włosach na nogach i innych przyjemniaczkach. Żadna z opcji nie działa za dobrze.

4. Używam hashtagów w rozmowach, gdy nie chce mi się pisać zdań.
Odkąd odkryłam, że w sumie wystarczy napisać #jateż zamiast pisać pełne zdanie zaczęłam używać hashtagów nagminnie. Do tego stopnia, że niektórzy moi znajomi zaczynają się domagać pełnych zdań... Takich z orzeczeniem i w ogóle. #obrzydliwe

5. Nie robię rzeczy, które potencjalnie wymagają dużo wysiłku.
Nauka języka? Potrawa, do której składniki muszę zamówić przez neta na ebay'u albo kupić w jakimś szemranym zaułku? Schudnięcie? Przeczytanie całości Świata Dysku? Nauczenie się gry na czymś? Nauka tańca? A w życiu! Jak tylko pomyślę o tym, ile pracy musiałabym włożyć w cały ten proces, to coś mi się gdzieś tam przewraca.

6. Nie umiem gotować.
Mimo tego, że przejrzałam prawdopodobnie ponad 300 godzin różnego rodzaju kulinarnych badziewi na YouTube, na swoim koncie sukcesów kulinarnych mam tylko całkiem niezły chlebek czosnkowy i brownie. To wszystko. Nic więcej nie gotuję sama. Dosłownie zmuszam się, żeby od czasu do czasu zjeść sobie jakiś lepszy coś. Wtedy zwykle kupuję coś w restauracji.

7. Śmieję się z rzeczy, z których nie powinnam
Rasizm, aborcja, kościół, homoseksualizm, komunizm, obozy koncentracyjne. Brzmi jak lista tematów, których nieporusza się przy świątecznym obiedzie, prawda? Tak się niefortunnie składa, że to też tematy, które śmieszą mnie jak nic innego. #spłonęwpielke

8. A jeżeli już o śmianiu... Gdy śmieję się, za ścianą brzmi to jak płacz
Anegdotka. Oglądam jakiś bekakontent na fejsie, ryczę ze śmiechu, bo oczywiście nie umiem tak ładnie chichotać jak na dziewczynę w moim wieku przystało. Do pokoju wpada mi skonsternowany współlokator Ty, Anka, tobie nic nie jest? pyta zdziwiony. No tak się składa, że nie. Nic mi nie jest, po prostu nie umiem się śmiać w cywilizowany sposób. Więc wychodzi jak wychodzi. Don't blame me.

9. Nie dotrzymuję terminów.
Pamiętacie ten moment, gdy twierdziłam, że wpisy będą się pojawiać w sobotę? Heh. Ja też nie. A pamiętacie ten moment, gdy zarzekałam się, że będę publikować jeden wpis w tygodniu? Heh. Tak. Nie mam usprawiedliwienia tak naprawdę. Mogę się wymigiwać, że niby praca, że niby nadal zbieram się po rozstaniu, że staram się budować nowe, wartościowe relacje z ludźmi, że uczę się grać na ukulele, że choćby nawet ten głupi HearthStone... Ale nie! Ja jestem po prostu beznadziejnym człowiekiem. 

Z drugiej strony... Wiecie co? W końcu udało mi się zrobić jedną rzecz, o którą walczyłam - w Święta nadrobić zaległości. No. To można powiedzieć, że trochę jednak wygrałam. Pozdrówki. Do następnego, oby rychłego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz